Wiadomości

Ciekawe zawody: Ratownik medyczny - bohater za najniższą krajową

Najnowszy artukuł na ten temat

Ciekawe zawody: specjalista ds. lokacji

Karol Bączkowski od 12 lat pracuje jako ratownik medyczny w pogotowiu ratunkowym.
Karol Bączkowski od 12 lat pracuje jako ratownik medyczny w pogotowiu ratunkowym. fot. Edyta Steć/Trojmiasto.pl

W dzisiejszym odcinku cyklu "Ciekawe zawody" o swojej trudnej, szczególnie w obecnej sytuacji, pracy ratownika medycznego opowie Karol Bączkowski. W ubiegłym miesiącu o zawodzie swatki opowiadała Małgorzata Bambrowicz. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Jak to się stało, że ratujesz ludziom życie?

Karol Bączkowski: To był przypadek. Chciałem studiować kryminalistykę, ale przypadkowo zobaczyłem rekrutację na ratownictwo i pomyślałem, że to może być dobry pomysł.

Idąc na studia przyszły ratownik wie, czego się spodziewać w pracy?

- Najczęściej nie wie. Przez całe studia czujemy się jak wybrańcy, bo będziemy ratować ludziom życie. Jesteśmy zapatrzeni w tę piękną wizję niosących pomoc. W to, że ludzie będą nas za to cenić, a państwo wynagradzać. Jak szedłem na studia było wielu chętnych, teraz jest ich coraz mniej. Myślę, że niedługo w ogóle będzie problem, żeby liczba chętnych była równa liczbie miejsc pracy.

Czy byłbyś w stanie wykonywać pracę ratownika medycznego?

tak, myślę, że bym się w niej odnalazł/a 16%
musiał(a)bym spróbować, bo nie jestem pewny/a, czy by mnie to nie przerosło 20%
na pewno nie dał(a)bym rady nawet jednego dnia tak pracować 51%
już ją wykonuję, jestem ratownikiem medycznym 13%
zakończona Łącznie głosów: 435
Co się dzieje z tą wizją, jak zaczynacie pracę? Jak różni się od rzeczywistości?

- To jest zupełnie inny świat. Zakładasz, że będziesz ratować ludzi, a potem jedziesz, bo ktoś się zapił i leży na ulicy, albo do kogoś, kogo brzuch boli od miesiąca, ale mu się nie chce iść do lekarza. Nieważne, że w tym czasie, dwie ulice dalej, może umierać dziecko lub matka na zawał, ale karetka do nich nie dojedzie i jest blokowana.

Wymieniłeś to jako pierwsze, bo najbardziej irytuje ratowników?

- To nie przypadek. To poczucie, że jedziemy po nic, że zabraknie karetki dla twojej mamy czy moich dzieci, bo ktoś jest egoistą, a przecież karetek na cały Gdańsk jest 13. To niszczy psychikę bardziej niż krzyki, urwana noga podczas wypadku czy nieudana reanimacja. Bo skala nieuzasadnionych wezwań karetek w Polsce jest olbrzymia. Ludzie często kłamią przez telefon, niby jedziemy do wysokiej gorączki, a to 37 stopni i kogoś plecy bolą od roku, pytamy czy człowiek pił, to kłamie, że wcale, potem to wcale zmienia się w trochę, a człowiek ledwo stoi na nogach. Państwo polskie nie chce karać za nieuzasadnione wzywanie karetki. Choć mamy możliwość wezwania policji, która wystawi mandat, to nikt się do tego nie rwie. Mój rekord czekania na policję to dwie godziny, a wtedy blokuję karetkę na dłużej niż na samą nieuzasadnioną wizytę. A do tego naszą codziennością są wyzwiska i agresja fizyczna, kiedy chcemy wezwać policję, to się jeszcze potęguje.

Mówiąc o agresji w stosunku do ratowników, mówisz o sporadycznych przypadkach, które sobie opowiadacie jak historie czy o powszechnym zjawisku?

- Mówię o swoich doświadczeniach, ale jestem przekonany, że to dotyczy każdego z nas. W różnej częstotliwości. Czasem się zdarzy trzy razy w tygodniu, a czasem raz na miesiąc. Wtedy wychodząc z wizyty ratownik się trzęsie nie dlatego, że ktoś umarł mu na rękach, ale dlatego, że znów dowiedział się, że jest szmatą. Zakładasz, że ludzie cię będą cenić za to, co dla nich robisz, a czasem początek wizyty to jest wieszanie na nas psów, a niejeden ratownik te chęci pomocy przepłacił już nożem w plecach. Na przykład ostatnio ratownik osiem razy został dźgnięty w klatkę piersiową, a załatwił go tak pacjent z covidem, który nie chciał się poddać hospitalizacji. Ja uważam, że na agresję nie można odpowiadać agresją, więc zawsze staram się spokojnie reagować. Kiedy ktoś mówi do mnie niecenzuralne słowa dotyczące tego, co o nas i o całej służbie zdrowia myśli, pytam: "Czy mogę najpierw uratować życie pana żony, a potem posłucham, jak mnie pan obraża?". Czasem mówię też wprost, że mnie to boli, bo przecież nie mam wpływu na to jak działa ochrona zdrowia, jestem tylko trybikiem w tej wadliwej maszynie. Nie tylko walczymy o życie ludzi, ale walczymy też o własne, żeby nas ten system nie wykończył. W zasadzie jesteśmy jego ofiarą, bo nic tak nie poniża jak nasza stawka godzinowa.

Ile zarabiacie?

- Rozpoczynający pracę ratownik zarabia najniższą stawkę godzinową 17 zł lub jeśli jakimś cudem ma etat to najniższą krajową. Do tego dochodzą dodatki za pracę w nocy, w weekend i święta, czyli dodatkowe kilka złotych za dyżur. Przy normalnej pracy 168 godzin miesięcznie chłopaki po 20 latach pracy nie mają nawet 3 tys. Na rękę, bo oczywiście mówimy o kwotach brutto. Na szczęście na przestrzeni trzech ostatnich lat doszedł dodatek ministerialny w wysokości 10 zł brutto brutto, podwójnie ubruttowiony. Tylko pamiętaj, że do tego, najczęściej jesteśmy na działalności gospodarczej, a nie na etacie, więc po naszej stronie leży także opłata za potrzebne do pracy badania, ubrania, buty, ubezpieczenie, co pięć lat musimy spełnić obowiązek szkoleniowy. Teraz dodatkowo ratownicy medyczni, w większości miejsc w kraju, kupują dla siebie sprzęt ochrony osobistej, gogle czy specjalistyczne maski.

Czyli ratownikowi zostaje za miesiąc swojej pracy po odjęciu tych wszystkich kosztów około 3 tysięcy?

- Gdyby pracował na jeden etat, tak. Ale tak się nie da utrzymać rodziny, więc pracuje na dwa. Żeby zostać kierownikiem zespołu medycznego musisz wypracować pięć tysięcy godzin w ochronie zdrowia. Normalnie człowiek wyrobiłby to w dwa i pół roku, a ratownik w półtora roku, w samym pogotowiu czy szpitalu, a mamy jeszcze inne miejsca pracy.

W półtora roku wyrabiacie dwa i pół roku pracy, to znaczy, że pracujecie miesięcznie po 270 godzin?

- Jako ratownik medyczny. Do tego ratownik często pracuje jeszcze w straży, szpitalu albo na przykład szkoli, jak ja, z zakresu pierwszej pomocy. Średnio na jednego ratownika przypada minimum 300 godzin pracy miesięcznie. Zobacz, jaki to piękny system. Wystarczy dać ludziom głodowe wynagrodzenia i możliwość pracy bez ograniczeń. I gotowe, ani nie potrzebujesz większego budżetu, ani większej liczby pracowników. Tylko wyobraź sobie, że dzięki temu my, mając 30 lat pracy, mamy tak naprawdę 60 przepracowanych lat. Nie mamy urlopów, jesteśmy koszmarnie przepracowani, a jednocześnie nasza praca wymaga ciągłej uwagi, nie ma w niej miejsca na błąd.

Czy podniesienie wynagrodzeń rozwiązałoby problem przepracowania ratowników?

- Nie, bo ratownicy już tak funkcjonują, to silniejsze od nich. Więc trzeba dać podwyżkę, dając jednocześnie ograniczenia godzin.

Czego brakuje w tym systemie poza lepszym wynagrodzeniem?

- Zdjąć z zespołów wyjazdowych ratowników po 55 roku życia. Przecież są to idealne osoby do szkolenia młodych, wchodzących w zawód. A tak wyobraź sobie 60-letniego ratownika, który biega po schodach z noszami, skoro od 40 lat pracuje po 300 godzin miesięcznie. W dużej części fizycznie. W pogotowiu nie ma ekipy, która sprząta karetki, z krwi, z wymiocin, z odchodów, to też robimy my. Do tego opieka psychologiczna. Ja od 12 lat pracy nigdy nie miałem takiego wsparcia, a nie wiem, czy go nie potrzebowałem. My też sami nie szukamy pomocy, nie chcemy się przyznać do tego, że coś może być dla nas za trudne. Jednak jeśli taka konsultacja byłaby np. konieczna raz na pół roku, byłoby to bardzo dobre rozwiązanie. Paradoks jest taki, że ratownik medyczny, który ma dostęp do bardzo niebezpiecznych narzędzi, do leków, którymi można bez problemu odebrać życie, nie musi przejść psychotestów. Niby są one, jeśli chcemy zostać kierowcą pojazdu uprzywilejowanego, ale nie każdy ratownik musi nim być, może nawet w ogóle nie posiadać prawa jazdy. To także jest do zmiany.

Jak słucham twojej opowieści to zaczęłam się zastanawiać, jaka jest motywacja do wybrania akurat takiej drogi zawodowej. Czy wielu ratowników rezygnuje?

- Sam się nad tym zastanawiałem. Na pewno jeszcze jak ja szedłem na studia, problemem był brak wiedzy, nie dało się znaleźć tych informacji, jak faktycznie wygląda potem praca. Często też studenci mają swoją wizję i wcale nie weryfikują tego, z czym przyjdzie im się mierzyć. Na studiach nam powiedzieli, że będziemy bohaterami, jak lekarze, będziemy mogli ratować życia, że ludzie będą nas kochać. Rzeczywistość jest inna. Wiele osób odchodzi, bo są rozczarowani, albo nie dają rady tak pracować. Ale w końcu jest też sporo takich osób jak ja, które zostają. Na pewno to poczucie, że jestem fachowcem, że umiem uratować człowieka jest budujące. W każdej trudnej sytuacji, w której się znajdę wiem, że niewiele osób umiałoby sobie z nią poradzić. To fajne, mieć poczucie, że umiesz robić coś wyjątkowego. Na pewno jest też satysfakcja, jak uratujesz życie człowiekowi i ciągła adrenalina, bo nigdy nie wiesz, co dziś cię spotka. Ja na przykład na swój pierwszy poród czekałem 10 lat.

Właśnie, jakie wydarzenia zostają w głowie ratownika? Pamiętasz pierwszego pacjenta, który zmarł ci na rękach, czy takie wspomnienia się wymazują?

- Nie pamiętam, pewnie to wymazuję dla swojego zdrowia psychicznego. Pamięta się sytuacje, które budzą bardzo skrajne emocje. Ten poród pamiętam świetnie. Nie przeżyłem tak porodu dwójki swoich dzieci. To nie są żarty. Byłem tam tylko z kolegą ratownikiem. Emocje i adrenalina. Wszystko poszło tak jak powinno, ale ten pierwszy raz zrobił na mnie wrażenie, myślałem o nim jeszcze wiele razy. Pamiętam też wszystkie rzeczy nietypowe, tam gdzie jest dużo krwi, gdzie sytuacja dotyczy osób młodych, dzieci, kiedy nie mogę z jakiegoś powodu pomóc, bo na przykład osoba jest zakleszczona podczas wypadku. To poczucie niemocy jest bardzo frustrujące.

Naturalną konsekwencją jest utrata wrażliwości w tej pracy, żeby poradzić sobie z tyloma trudnymi sytuacjami?

- Każdy jest inny, jeden jest większym "ogrem", drugi mniejszym, ale na pewno musimy się zdystansować do tego, co się dzieje podczas pracy. Jak umiera nam pacjent mamy kilka problemów. Pierwszy to obciążenie psychiczne, w końcu obok jest rodzina, więc musisz być też psychologiem. Drugi, to że nigdy nie wiadomo, czy zaraz nie będziesz miał na głowie prokuratora, bo rodzina zarzuci ci, że to twoja wina. A teraz dochodzi kolejny problem, musimy uważać, żeby się nie zarazić, żeby nie przynieść tego cholerstwa do domu. Ten lęk o rodzinę bywa paraliżujący. Mimo tego nie chodzimy na zwolnienia, tylko idziemy do pracy, często z konieczności jeszcze bardziej zwiększamy liczbę godzin. Niestety pacjenci kłamią. Przyjeżdżamy do bólu brzucha, a okazuje się, że pacjent zataił, że ma gorączkę lub wioząc go dowiadujemy się, że był na kwarantannie, bo wrócił zza granicy. Niestety mogę się po tygodniu dowiedzieć, że mój pacjent okazał się dodatni, czyli ma koronawirusa. Wtedy wszystkie osoby, u których byłem później powinny iść na kwarantannę, do tego moja rodzina jest zagrożona.

Spotykają was jakieś miłe gesty ze strony ludzi lub firm?

- Tak, restauracje dbają, żebyśmy mieli ciepły posiłek, bo czasem nawet nie mamy kiedy o tym pomyśleć. Na stacjach paliwowych możemy wypić kawę za darmo. Wydaje się, że w internecie teraz jest trend, żeby okazywać wdzięczność pracownikom ochrony zdrowia, w tym ratownikom.

Zawód ratownika miał problemy z wizerunkiem po takich akcjach jak kilkanaście lat temu z pavulonem. Myślisz, że pandemia sprawi, że ten poziom szacunku do was i wdzięczności wzrośnie na stałe?

- Obawiam się, że to może być tylko na chwilę. Niestety niewłaściwe zachowanie jednej osoby potrafi wpłynąć na postrzeganie wszystkich wykonujących dany zawód na lata. Jednak cała masa poświęcenia i zaangażowania tysiąca ratowników nie musi tego na stałe poprawić.

Trójmiejski rynek pracy to różnorodność i ciągłe, dynamiczne zmiany. Ciekawe, niszowe profesje i zawody, które w chwilę zdobywają popularność. Chcemy pokazać czytelnikom nie tylko warte poznania profesje, ale także niezwykłych ludzi, którzy z pasją opowiadają o swojej pracy. Temu ma służyć cykl wywiadów "Ciekawe zawody".


Opinie (98) 4 zablokowane

Wszystkie opinie

  • Podziwiam tych ludzi. Naprawdę. Mają wyjazd i często nawet nie wiedzą czego mogą się spodziewać. Szacun za wiedzę, szacun za umiejętności, szacun za odwalanie tak ciężkiej roboty. Trzymajcie się chłopaki! No i dziewuchy ;)

    • 78 6

  • Najlepsi ratownicy medyczni są w łódzkim pogotowiu.

    Pozdrawiam medycznych bohaterów

    • 14 22

  • W Polsce wszystko stoi na głowie. Zeby tacy bohaterowie zarabiali takie liche pieniadze?

    Boze, Ty to widzisz i nie grzmisz?

    • 69 7

  • Teraz się budzą, że w DPS kobiety nawet żenujących 2 tysiów na rękę nie maja.
    Ja pitole państwo z dykty.
    Wstyd...po prosty ten kraj jest nietyczny.

    • 54 4

  • DPS to samorząd

    Zabrakło dla DPSow bo kasa poszła na nagrody w urzędzie miasta i straży miejskiej.

    • 19 7

  • Zawsze grzeczni i fachowi. Ludzie na poziomie,profesjonaliści. Szoku doznajemy zaś już w szpitalu. W kontakcie z lekarzami i pielęgniarkami za karę. Różnica kolosalna.

    • 55 10

  • Chyba nikt nie zmusza

    do wyboru kariery zawodowej ...?

    • 24 65

  • I tym powinien się w końcu zająć minister zdrowia.

    Przecież to jest jakiś cyrk. Ludzie którzy ratują życie, nie dość że są marnie wynagradzani to jeszcze spora część z nich obsługuje na działalności dwa etaty (bo za coś muszą żyć), sami kupują sobie kombinezony itp. I sami finansują badania.

    To jest chore...
    Politycy, do roboty. Naprawcie to wreszcie!

    • 54 2

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.