• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Recenzja filmu "Niewidzialna wojna" Vegi. Samochwała za kamerą stała

Tomasz Zacharczuk
30 września 2022, godz. 20:50 

W "Niewidzialnej wojnie" Vega nie bierze jeńców, chociaż podczas seansu jego najnowszego i - jeśli wierzyć zapewnieniom reżysera - ostatniego polskojęzycznego filmu faktycznie można poczuć się jak w niewoli. Mało tego, autor "Pitbulla" czy "Botoksu" zakuwa nas w dyby i każe przyglądać się temu, jak przez ponad dwie godziny z megalomanii, buty i narcyzmu rzeźbi własny pomnik. A ten wydaje się większy od pokazanych na początku filmu dubajskich wieżowców. Pewnie gdzieś wokół ich szczytów orbituje ego Patryka Vegi, ale poziom jego twórczości - co udowadnia filmowa autobiografia - wciąż wystaje ledwie kilka centymetrów ponad chodnikami.



"Mój zawód to manipulowanie ludźmi" - wyznaje z rozbrajającą szczerością w jednej ze scen grany przez Rafała Zawieruchę Patryk Vega. Rzeczywiście, przez kilka ostatnich lat najbardziej kontrowersyjny polski reżyser faszerował nas tabloidowymi opowiastkami, wmawiając widzom i przy okazji również sobie, że obcujemy w ten sposób ze sztuką filmową. Nic z tych rzeczy. Więcej subtelności i artyzmu prezentuje pracujący na placu budowy buldożer. Toporny styl bazujący na prymitywnym humorze i epatowaniu przemocą to swoiste modus operandi Patryka Vegi, którym filmowiec świetnie w pewnym momencie dopasował się do gustów widowni. Tego mu na pewno nie można odmówić. Szkopuł w tym, że narcystyczna natura reżysera pozwoliła mu uwierzyć w to, że stał się zbawcą polskiego kina. I ten właśnie przekłamany wizerunek Vega z uporem maniaka pielęgnuje w swojej najnowszej produkcji.

"Niewidzialna wojna" to filmowa autobiografia Patryka Vegi, w której reżyser pokazuje swoje życie od najmłodszych lat aż po status jednego z najbardziej rozpoznawalnych twórców w naszym kraju. "Niewidzialna wojna" to filmowa autobiografia Patryka Vegi, w której reżyser pokazuje swoje życie od najmłodszych lat aż po status jednego z najbardziej rozpoznawalnych twórców w naszym kraju.

Patryk Vega Superstar



"Niewidzialna wojna" jest nie tyle nawet filmem autobiograficznym, co gloryfikacyjnym, a wręcz beatyfikacyjnym, w którym poznajemy historię grzesznego geniusza doznającego boskiego objawienia. Motyw wiary Vega bardzo mocno przecież akcentował przy okazji "Small World" czy filmu "Miłość, sex & pandemia". Już w ostatniej z tych produkcji niczym zacietrzewiony ksiądz wymachujący palcem znad ambony stygmatyzował współczesne zepsucie moralne. W "Niewidzialnej wojnie" kontynuuje swoją filmową ewangelizację, bijąc się jednocześnie w piersi i przyznając do błędów. Jednak nawet w momentach, w których pokazuje swój bolesny upadek, nie potrafi wyzbyć się pychy. Wręcz chełpi się seksualnymi podbojami i wciągniętymi jednej nocy 10 gramami kokainy.

Zresztą cały film przypomina niekończącą się wyliczankę pochwał, komplementów i zasług, które pod swoim nazwiskiem wypisuje producent, reżyser i scenarzysta - w tej trójcy jedyny prawdziwy Patryk Vega. Szkolny geniusz i outsider nierozumiany przez rówieśników. Krnąbrny nastolatek zarzucający członkom komisji rekrutacyjnej na łódzkiej "filmówce", że nie znają się na kinie. W końcu początkujący filmowiec-dokumentalista pijący wódkę z "pruszkowskimi" i grożący pięścią braciom Wachowskim, którzy rzekomo mieli ukraść jego techniczne pomysły i wykorzystać je w "Matrixie". Już wyobraziłem sobie Marcina Dorocińskiego, który jako "Despero" w "Pitbullu" unika kul w slow motion niczym Keanu Reeves. Dowodów na swoje wizjonerstwo ekranowy Vega dostarcza niemal na każdym etapie życia. Tylko tych przełomowych dla kina koncepcji jakoś nie do końca było można doświadczyć w jego dotychczasowej twórczości.

Pycha, buta i megalomania. To główne składniki "Niewidzialnej wojny", w której Vega sam sobie wystawia laurkę. Pycha, buta i megalomania. To główne składniki "Niewidzialnej wojny", w której Vega sam sobie wystawia laurkę.

Pokaleczone dialogi i dubbing dublera śmieszą do łez



Trudno polemizować na temat autentyczności przytaczanych w "Niewidzialnej wojnie" historii. Jak dużo jest w nich reżyserskiej fantazji, a ile prawdy, pozostanie tajemnicą samego Vegi. Jak najbardziej do zweryfikowania jest już natomiast sposób ich użycia w filmie i forma opowieści, na którą zdecydował się twórca "Pętli" czy "Bad Boya". A pod tym względem najnowszy produkt Patryka Vegi prezentuje się po prostu marnie. Pozlepiany z prowizorycznie zbudowanych wątków scenariusz obnaża po raz kolejny całkowity brak umiejętności budowania historii i kreowania emocji na ekranie przez Vegę. Nie ma tu żadnych realizacyjnych sztuczek i choćby skrawka dobrego dialogu. Artykułowane ze śmiertelną powagą aktorskie kwestie brzmią niedorzecznie, sztucznie i wręcz komicznie.

Jak choćby podczas sceny, w której główny bohater po wypadku drogowym przechodzi nawrócenie i momentalnie odczuwa potrzebę modlitwy. "Musimy jechać do kościoła" - zwraca się do żony Vega. "Ale czym?" - dopytuje partnerka. "Strażacy nas podwiozą" - rzuca Patryk. Kurtyna. Podobnych dialogowych perełek w "Niewidzialnej wojnie" jest mnóstwo. Komizm aż wylewa się z poszczególnych scen, lecz nie jest to bynajmniej zamierzony efekt. Wynika to po prostu z faktu, że napędzany pychą i butą Vega nie ma choćby grama dystansu do siebie i otaczającego świata. Jak na faceta obdarzonego ilorazem inteligencji w wartości 164 o dziwo nie ma także pomysłów na niektóre filmowe zabiegi. Matkę Patryka przez cały film gra odporna na wszelkie procesy starzenia Anna Mucha. Samego siebie reżyser przeszedł natomiast, gdy do pokazania swojej otyłości Rafała Zawieruchę zastąpił innym aktorem, któremu ten pierwszy podkładał głos. Takiej amatorszczyzny nie ma chyba nawet w kinie klasy B.

"Niewidzialną wojną" Patryk Vega rzekomo kończy polski rozdział swojej twórczości. Kto wie, być może zagraniczna publika bardziej doceni jego reżyserski kunszt. Polska widownia od pewnego czasu ma już bowiem przesyt jego filmów. "Niewidzialną wojną" Patryk Vega rzekomo kończy polski rozdział swojej twórczości. Kto wie, być może zagraniczna publika bardziej doceni jego reżyserski kunszt. Polska widownia od pewnego czasu ma już bowiem przesyt jego filmów.

Vega się żegna i rusza w świat



Pal licho realizacyjną fuszerkę, incydentalny scenariusz, kompletnie zmarnowany potencjał Rafała Zawieruchy (więcej do zagrania miał chyba w epizodach u Tarantino) i ten nieznośny megalomański ton. Problem jest z samym Vegą, który chyba nie do końca wie, o czym chciał opowiedzieć w "Niewidzialnej wojnie". Reżyser sam sobie wielokrotnie zresztą zaprzecza. Jak choćby wówczas, gdy podkreśla, że do nakręcenia "Botoksu" natchnął go sam Bóg, a całemu projektowi przyświecała wyższa idea. W kolejnej scenie natomiast widzimy Vegę, który nerwowo sprawdza wynik box-office'u i liczy zyski. Plansza z wynikami finansowymi poszczególnych filmów pojawia się na ekranie kilkukrotnie. Można dojść do wniosku, że reżyser ma wręcz jakąś obsesję na punkcie zarobionych pieniędzy. Tak naprawdę to chyba jedyna wymierna wartość jego przedsięwzięć.

To rzekomo ma się jednak zmienić. W jednej z końcowych scen zaprzyjaźniony z Vegą ksiądz radzi mu, by latał wolniej, ale wyżej. Czy zapowiada to lepsze artystyczne projekty reżysera? Obawiam się, że nie. Tym bardziej że z ust głównego bohatera pada stwierdzenie, że nie da się nakręcić dobrego filmu bez ogromnego budżetu. To tak, jakby nie dało się nagrać dobrej płyty bez najlepszych na świecie muzyków lub nie dało się dobrze zjeść poza ekskluzywnymi i drogimi restauracjami. Pytanie jednak, czym w opinii Patryka Vegi jest "dobry film"? O tym mogą się przekonać już nie tylko polscy widzowie, bo reżyser zapowiada teraz podbój świata. Zatem, droga reszto świata, to już wasze zmartwienie. Pomimo tego, co nastąpi, pamiętajcie nas, Polaków, dobrze.

OCENA: 1/10

Film

2.5
31 ocen

Niewidzialna wojna

biograficzny

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (35)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Pracodawcy w Trójmieście

Forum

Najczęściej czytane