• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Recenzja filmu "Nie martw się kochanie". Trochę jednak można się zmartwić

Tomasz Zacharczuk
23 września 2022, godz. 21:00 
Opinie (12)

Drugi film w reżyserskiej karierze znanej choćby z występów w serialu "Dr House" Olivii Wilde śmiało można zaklasyfikować do tych produkcji, którym po seansie bardzo chciałoby się wystawić wysoką końcową ocenę, lecz nie ma niestety ku temu wystarczających powodów. "Nie martw się kochanie" długimi fragmentami zachwyca pięknymi inscenizacjami i boską Florence Pugh, ale równie często razi po oczach chaotycznym scenariuszem i usztywnionym Harrym Stylesem, który aktorskimi umiejętnościami nie dorównuje swoim wokalnym popisom. Jest jednak coś w tym filmie, co nie pozwala przejść koło niego obojętnie, choć wbrew pojawiającej się w tytule sugestii, powodów do zmartwień jest tu więcej niż być powinno.



Powodzenie filmowych projektów we współczesnych czasach opiera się już nie tylko na wykorzystaniu dobrego pomysłu, zebraniu na planie zdolnej obsady i zatrudnieniu wysokiej klasy specjalistów od reżyserii, muzyki czy zdjęć. Równie duże znaczenie ma także odpowiedni marketing pozwalający zaistnieć produkcji w gąszczu premier. O ten aspekt - mniej lub bardziej świadomie - twórcy "Nie martw się kochanie" zadbali jeszcze przed pojawieniem się filmu w polskich kinach.

O tym filmie było głośno jeszcze przed premierą



Już na etapie zdjęć kolorowa prasa z dziką ekscytacją rozpisywała się o romansie reżyserki Olivii Wilde z wokalistą i początkującym aktorem Harrym Stylesem. Temperaturę wokół filmu na dobre podkręciły jednak dopiero wydarzenia związane z oficjalną premierą "Nie martw się kochanie" na festiwalu w Wenecji. Grająca główną rolę Florence Pugh unikała jak ognia swojej reżyserki, a Styles rzekomo miał opluć kolegę z planu, Chrisa Pine'a. Doszło również do scysji Wilde z Shią LaBeoufem. Reżyserka twierdziła, że z powodu niepożądanego zachowania wyrzuciła aktora z projektu, on z kolei ripostował, iż sam zrezygnował z roli Jacka i na potwierdzenie swoich słów upublicznił nagranie, w którym Wilde namawia go do powrotu na plan.

Zanim więc publiczność zdążyła ocenić jakość tego filmowego przedsięwzięcia, nowa produkcja wytwórni Warner Bros. już brylowała w prasowych nagłówkach i mediach społecznościowych. Na ile przedpremierowe skandale i niedomówienia były przypadkowe, a na ile wyreżyserowane - trudno powiedzieć. Pewne jest natomiast to, że efekt pracy filmowców raczej nie podtrzyma sztucznie napompowanego zainteresowania dziełem Olivii Wilde. Oparta na plotkach i ekscesach promocja tytułu okazała się być bardziej nieprzewidywalna i wciągająca niż scenariusz autorstwa Katie Silberman.

Alice i Jack żyją w małym miasteczku na amerykańskim odludziu, które przypomina raj na ziemi. Od początku jednak wraz z główną bohaterką czujemy, że rzeczywistość wcale nie wygląda tak bajecznie. Wkrótce na jaw wychodzą tajemnice lokalnej społeczności i całego projektu o wiele mówiącej nazwie "Victory". Alice i Jack żyją w małym miasteczku na amerykańskim odludziu, które przypomina raj na ziemi. Od początku jednak wraz z główną bohaterką czujemy, że rzeczywistość wcale nie wygląda tak bajecznie. Wkrótce na jaw wychodzą tajemnice lokalnej społeczności i całego projektu o wiele mówiącej nazwie "Victory".

It's A Man's World



To o tyle zaskakujące, że przecież skrypt, na którym bazuje "Nie martw się kochanie" przez długie lata uznawano za jeden z najlepszych spośród jeszcze niezrealizowanych pomysłów w Hollywood. Opowiada on o idyllicznym amerykańskim miasteczku w latach 50., w którym młode małżeństwa żyją w nowobogackiej oazie na pustynnym pustkowiu. Każdego ranka mężowie wsiadają w swoje wypolerowane cadillaki i ruszają do pracy. Ich partnerki tymczasem opiekują się głównie domem, spędzając resztę wolnego czasu na zakupach i sąsiedzkich plotkach. To, czym zajmują się zawodowo mężczyźni jest owiane tajemnicą. Całą społeczność natomiast obowiązują ściśle określone zasady. Najważniejsza z nich dotyczy kobiet, które mają absolutny zakaz zapuszczania się poza teren miasteczka.

Wątek feministyczny jest tu oczywiście nadrzędny, dlatego przez większą część filmu Olivia Wilde skupia się na portretowaniu kobiet, którym bardzo rygorystycznie przypisano społeczne role matek i żon w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Powojenna patriarchalna Ameryka stanowi idealne narracyjne tło tego typu opowieści, choć reżyserka stara się nadać filmowej dystopii uniwersalne znaczenie. Problem w tym, że używa przestarzałych raczej i wtórnych klisz, które jedynie ilustrują problem uprzedmiotowienia kobiet, bez zagłębiania się w mechanikę takich zachowań. W końcowej fazie filmu Wilde nareszcie próbuje trochę zmienić optykę filmowych wydarzeń, ale robi to w dużym pośpiechu i zbyt emocjonalnie.

Dużym problemem "Nie martw się kochanie" jest chaotyczny scenariusz ze słabo nakreślonymi postaciami i małą liczbą zwrotów akcji. Ten finałowy, co prawda spina poszczególne wątki, ale pozostawia też spory niedosyt. Dużym problemem "Nie martw się kochanie" jest chaotyczny scenariusz ze słabo nakreślonymi postaciami i małą liczbą zwrotów akcji. Ten finałowy, co prawda spina poszczególne wątki, ale pozostawia też spory niedosyt.

Pugh gra jak z nut, a Styles fałszuje jak nigdy



Intrygującym, ale znów niestety słabo dopracowanym na etapie scenariusza pomysłem jest natomiast wątek toksycznej miłości i emocjonalnego zniewolenia. Pojawia się on jednak zdecydowanie zbyt późno, dostaje mało ekranowego czasu, a w pełnym zrozumieniu niektórych fabularnych decyzji przeszkadza bardzo powierzchowna i płytka charakterystyka postaci. Poza będącą na pierwszym planie Alice, która pod wpływem kilku tajemniczych incydentów zaczyna dostrzegać kraty wokół codziennej, pozorowanej harmonii. To właśnie jej prywatne śledztwo zaburzy uporządkowaną strukturę miasteczka o sugestywnej nazwie Victory.

Zwycięską na pewno była decyzja producentów o zatrudnieniu Florence Pugh. Jedna z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia w Hollywood w roli Alice wypadła po prostu kapitalnie. Wdzięk i prezencja, charyzma i magnetyzm, nieograniczone środki ekspresji, głęboka identyfikacja ze swoją postacią, doskonałe opanowanie emocji - tutaj po prostu wszystko się zgadza. Florence Pugh jest siłą i motorem napędowym tego filmu. Rekomendacja, by obejrzeć "Nie martw się kochanie" tylko dla niej byłaby lekką przesadą, ale bez niej ten projekt zwyczajnie traci jakikolwiek sens.

Paradoksalnie jednak, to zapewne o jednym z najsłabszych ogniw tego filmu będzie się mówić najwięcej. Harry Styles bez wątpienia jest muzycznym fenomenem i znakomitym wokalistą, który bije na głowę 90 proc. gwiazd i gwiazdeczek współczesnej popowej sceny. Na jego nieszczęście nie da się niestety "odlać" umiejętności z jednego talentu w drugi. Aktorsko to zdecydowanie nie ten poziom, który prezentuje na płytach i koncertach. W wielu scenach sprawia wrażenie aktora, który podczas próby generalnej trochę rozpaczliwie szuka wzrokiem wskazówek reżysera. Styles w "Nie martw się kochanie" jest długimi momentami pogubiony, nieobecny, stremowany i przy tym kompletnie niewiarygodny. Blednie nawet w obecności świetnego na drugim planie Chrisa Pine'a. Zestawienie Stylesa z Pugh to natomiast jak wyrzucenie go za burtę statku podczas sztormu. Bez szans na przetrwanie. Ależ to byłby duet, gdyby Styles nie zastąpił LaBeoufa!

Harry Style przyzwyczaił swoich fanów, że na scenie zawsze jest w centrum uwagi i w świetnej formie. W filmie mamy już jednak odwrócenie ról. Muzyk nie radzi sobie najlepiej, a w dodatku wypada bardzo słabo na tle rewelacyjnej Florence Pugh. Harry Style przyzwyczaił swoich fanów, że na scenie zawsze jest w centrum uwagi i w świetnej formie. W filmie mamy już jednak odwrócenie ról. Muzyk nie radzi sobie najlepiej, a w dodatku wypada bardzo słabo na tle rewelacyjnej Florence Pugh.

Są wzloty i upadki, ale trudno oderwać wzrok od ekranu



Oczywiście jest za wcześnie, by zatrzaskiwać przed muzykiem drzwi do aktorskiej kariery, ale to jeszcze nie ten etap nawet na drugoplanowe role i w dodatku w tak ambitnym, bądź co bądź, projekcie. Filmowi Olivii Wilde aspiracji bowiem na pewno nie można odmówić. Podobnie jak olśniewającej oprawy, bo poszczególne elementy kinowego rzemiosła jak zdjęcia, muzyka czy scenografia i kostiumy komponują się w imponującą, a przede wszystkim bardzo spójną całość. Kuleje wspomniany scenariusz, doskwiera też nierówne tempo filmu, który rozkręca się zbyt ślamazarnie. Finał z kolei wygląda jak zlepek scen z kina akcji kręconych w pośpiechu, a wręcz w panice.

Ni to kryminał, ni to thriller. Są elementy psychologicznego dramatu, a nawet horroru. Wszystko wymieszane zostaje jednak w dość niechlujny sposób, dlatego seans "Nie martw się kochanie" będzie obfitował w emocjonalne wzloty i fabularne upadki. Warto mimo wszystko wskoczyć na ten rollercoaster, bo takiego autorskiego kina we współczesnym przemyśle filmowym jest już coraz mniej. Można, a nawet należało to zrobić lepiej, jednak sposób budowania napięcia, rola Florence Pugh i wizualno-dźwiękowa warstwa nie pozwalają przejść obojętnie obok tego tytułu. Może rzeczywiście więc, jak przekonuje tytuł, nie warto się martwić i pójść do kina.

OCENA: 5,5/10

Film

4.9
7 ocen

Nie martw się, kochanie

thriller

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (12)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Pracodawcy w Trójmieście

Forum

Najczęściej czytane