Wiadomości

stat

Ciekawe zawody: teatr jednego lalkarza

W Trójmieście najczęściej kojarzony jest z festiwalem FETA i rewelacyjnymi przedstawieniami dla najmłodszych widzów. Marcin Marzec, bo o nim mowa, jest lalkarzem, twórcą Teatru Barnaby i showmanem, który w świecie marionetek dokonał rzeczy praktycznie niemożliwej: stał się rozpoznawalnym aktorem, a nie jedynie tłem dla grających lalek. O swojej pracy opowiada w ramach cyklu "Ciekawe zawody". W poprzednim odcinku o swoim zajęciu opowiadała Maria Kochańska, grająca na hang drum. Kolejna rozmowa już za miesiąc.



Teatr Barnaby Marcina Marca można spotkać np. na festiwalu FETA w Gdańsku, lub FOTEL w Juszkowie w okolicach Trójmiasta


Kiedy jedni koledzy chcieli być strażakami, a drudzy planowali lot w kosmos, ty śniłeś o pracy lalkarza i rozmarzony siedziałeś na teatralnych sztukach?
Czy praca, którą wykonujesz jest twoją pasją?

tak, uwielbiam to, co robię, nadal mnie to pasjonuje

21%

lubię to, co robię, choć ciężko to nazwać pasją

37%

aktualna praca nie daje mi satysfakcji, ale znam taką, która by mnie pasjonowała

21%

praca nigdy nie będzie moją pasją, traktuję ją tylko zarobkowo

21%


Marcin Marzec: Nie, nie miałem kontaktu z teatrem lalkowym zanim poszedłem na studia. Jedyny teatr, który przyjeżdżał do Brzegu, mojej rodzinnej miejscowości, to objazdowy teatr - prawdopodobnie amatorski. Wiele osób do dziś wspomina to jako trudne przeżycie z dzieciństwa. Za to od kiedy pamiętam, chciałem być aktorem. Pojechałem na egzaminy do Wrocławia. Wydział lalkarski mieścił się w pięknej poniemieckiej willi przy ulicy Powstańców Śląskich. Ujął mnie niesamowity klimat tego miejsca. Tak jakby duchy Jana Dormana i Ludwika Solskiego przechadzały się korytarzami i zapraszały do studiowania. Złożyłem dokumenty, zdałem bardzo trudne, trwające tydzień egzaminy i dostałem się.

Na studiach, poza tworzeniem lalek i ich animacją, nauczyłeś się kontaktu z widzami? Wciąganie dzieci w spektakl i te zabawne rozmowy pod sceną to wartość dodana twoich wystąpień, którą szczególnie doceniają dorośli.

- W szkole teatralnej mieliśmy budowę lalek, ale zajęć było na tyle mało, że nie sposób było się tego wszystkiego nauczyć. Oczywiście zdarzały się jednostki, które uparcie chodziły za nauczycielem, zawalając tym sposobem inne zajęcia i zrobiły np. marionetkę. Tylko mnie nie interesowała tylko marionetka na studiach. Chciałem nauczyć się każdej techniki lalkowej. Uwielbiałem maskę, jawajkę, wspomnianą wcześniej marionetkę. Bardziej zajmowała mnie gra tymi lalkami niż ich budowa. Co do widowni - w szkole teatralnej widzami zazwyczaj są inni studenci i wykładowcy, a to zupełnie inna widownia niż ta, która czeka na aktora po ukończeniu szkoły. Mówiąc "inna" mam na myśli bardziej przychylna, bo przecież to sami koledzy. Poza tym na egzaminach na widowni nie mieściło się więcej niż 70-80 osób. To sprawiało, że warunki były bardzo kameralne, wręcz intymne. Sami aranżowaliśmy magię teatralną, już od wejścia do sali. Teraz moją sceną jest festiwalowy plener lub sale ośrodków kultury i rzadko są to magiczne miejsca. Tę magię muszę sobie sam wypracować. Często wprowadzeniem do spektaklu, zaprzyjaźnieniem się z widzem, nawiązaniem z nim kontaktu. Stąd ludzie mnie pytają, czy na miejscu wymyślam scenariusz przedstawienia. Mnie to bardzo cieszy, bo to znak, że gram przekonująco.

Od razu zdecydowałeś się na założenie własnego teatru?

- Po skończeniu szkoły nie zdążyłem nawet o tym pomyśleć. Na egzaminy kończące szkołę teatralną przyjechał ówczesny dyrektor teatru Arlekin z Łodzi, który szukał aktorów. Zaproponował mi pracę, a ja zgodziłem się bez wahania. Ale teatr państwowy na pełny etat nie był dla mnie.

Czego ci brakowało?

- Ciężko powiedzieć, że czegoś mi brakowało. Poznałem w Arlekinie mnóstwo wspaniałych ludzi, z którymi kontakt mam do dziś i są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Współpracowałem z wybitnymi aktorami i reżyserami. Tylko że aktor lalkarz, który jest we mnie, potrzebuje zmian, nowych przestrzeni, swobody i samodzielnych decyzji. A tego na etacie trochę zabrakło. Po czterech sezonach postanowiłem wyjść zza parawanu i robić swój własny teatr. Żeby nie było za lekko, zepsuł mi się wtedy samochód i po pierwsze rurki do sceny marionetkowej musiałem jechać do Pabianic na rowerze. W końcu powstało. Bardzo skromne i w większości z pożyczonych lalek przedstawienie "Legenda o starym dębie". Pierwszy spektakl zagrałem w jednym z przedszkoli na łódzkich Bałutach. Widownia była bardzo wyrozumiała i nawet nie przeszkadzały im moje spodnie dresowe. To był początek, dzięki któremu poczułem się bardzo niezależny, odważny i samodzielny. W tym czasie moja narzeczona podsunęła mi książkę "Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa" Johnego Boyne. To niesamowita opowieść o chłopcu, który jest inny niż wszyscy. Potrafi latać, ale pechowo trafił do rodziny, która nie akceptuje odmienności. Ta książka świetnie wpasowała się w moment, w którym byłem. Zdałem sobie sprawę, że mam niesamowitą moc, ale nie zrealizuję jej z plecakiem pełnym cegieł. Jak widzisz, książka była też inspiracją dla nazwy. Bardzo ciężko pracowałem nad samodyscypliną w realizacji marzeń o teatrze. Bo zaczął się czas, w którym nikt mnie nie reżyseruje, nikt nie sprzedaje biletów na moje spektakle i nikt nie zapłaci mi już każdego 10. dnia miesiąca. Skończył się mój ostatni sezon w Teatrze Lalek Arlekin i wyjechaliśmy do Borów Tucholskich, gdzie miał powstać mój pierwszy samodzielnie od A do Z zrobiony spektakl. Padło na "Czerwonego Kapturka". Nie miałem wtedy pojęcia, jak się buduje lalki. Pożyczyłem jedną z teatru, rozłożyłem na części i na tej podstawie zbudowałem swoje.

Jak wygląda takie przygotowanie spektaklu?

- Przygotowanie jednego nowego spektaklu to 12-15 tys. zł. Oczywiście im mniej mojej pracy, a więcej pracy zaprzyjaźnionych artystów, tym cena za spektakl wzrasta. Jedna lalka z pracowni artystycznej to koszt ok 4 tys. zł. Dlatego pierwsze lalki zrobiłem sam, za darmo. Potem trzeba napisać scenariusz lub skorzystać z już istniejącego. Jeżeli prawa autorskie do scenariusza nie wygasły, to należy od stawki za każde przedstawienie odprowadzić od 10 do 13 proc. praw aktorskich do ZAIKS-u. Podobnie jest z muzyką. Potem zostaje nam przygotowanie scenografii, wyreżyserowanie przedstawienia oraz zadbanie o odpowiednią promocję spektaklu, aby było go gdzie grać. Za pierwszym razem wszystko zrobiłem sam. Potem zacząłem się wspierać znajomymi fachowcami. Bo jeśli trzy tygodnie robię lalki, to nie zarabiam, a ZUS i US, jak wiesz, nie czekają.

Gdzie zagrałeś pierwszy spektakl?

- Na polanie, dla dzieci ze wsi Jeżewo w Borach. To był 2015 r. Do dzisiaj, z sympatii, jeżdżę do nich raz do roku i gram w świetlicy wiejskiej. Potem przyjechałem do Gdańska. Trudno jest zacząć w nowym mieście. Nikogo nie znasz, nie masz gdzie grać. Poszedłem na casting do Teatru Miniatura, dorabiałem przedstawieniami w szkołach i przedszkolach. Przez te trzy lata udało mi się wypromować własny teatr i stworzyć sieć kontaktów, dzięki którym zapraszają mnie kolejne instytucje kultury, a w szkołach i przedszkolach gram tylko tam, gdzie robią najlepszą kawę i nie muszę się wspinać ze scenografią po schodach;).

To jest opłacalny biznes?

- Często ludzie pytają, czy z tego da się wyżyć. Odpowiadam, że gdyby się nie dało, to bym tego nie robił. Jak w każdej branży trzeba po prostu bardzo dobrze pracować, żeby ludzie chcieli za to płacić. Jeśli pytasz o konkrety, to w szkołach i przedszkolach faktycznie starcza na przeżycie. Średnio można zarobić 250-300 zł na takim występie. Ale to wbrew pozorom wymagające miejsce. Dzieci są u siebie, trudniej nad nimi zapanować. Aktor w teatrze lalkowym, państwowym, na etacie zarabia średnio 2500 zł netto na miesiąc, to mniej więcej połowa tego, co zarobi aktor w teatrze dramatycznym. Jeśli mówimy o występach w trakcie festiwali czy na zaproszenia różnych instytutów kultury, to stawki są dużo niższe, niż powinno wynikać to z kosztów przygotowania spektakli, o których rozmawialiśmy wcześniej. Rzadko można wynegocjować stawkę 1000 zł za spektakl.

Mówisz, że dzieci czują się pewniej na swoim gruncie. Zadają więcej trudnych pytań?

- Zawsze znajdzie się takie dziecko, które zadaje trudne pytania bez względu na miejsce spektaklu. Mam już wprawę i wiem, jakie dzieci wybrać do interakcji. Jak poprowadzić rozmowę z nimi, żeby była zabawna i żeby spektakl szedł zgodnie z planem. W tej improwizacji wbrew pozorom nie ma przypadku. Zawsze wiem, co odpowie dziecko, to kwestia zadania pytania.

Prowadząc jednoosobową firmę człowiek szybko natrafia na ścianę. W końcu ciężko robić wszystko naraz, a moce przerobowe kiedyś się kończą.

- Masz rację, rozmawiałem ostatnio ze znajomym, myśląc, że może powinienem wziąć kogoś do pomocy przy graniu. Ale znajomy powiedział mi: "Ci ludzie nie chcą zobaczyć kogoś z twoimi przedstawieniami, oni chcą zobaczyć ciebie". I to jest prawda. To tak, jakby ktoś powiedział Beacie Kozidrak, żeby sobie zrobiła zastępstwo, bo wtedy uda jej się więcej zarobić i odniesie większy sukces. Tyle że to nie będzie Beata Kozidrak.

Co jest dla ciebie miarą sukcesu?

- Ja się w swojej pracy spełniam. Mam niesamowite szczęście łączyć pasję z życiem zawodowym. Mogę o tym rozmawiać godzinami i nie liczę minut do wyjścia z pracy. To jest sukces. Robię to, co kocham.

Trójmiejski rynek pracy to różnorodność i ciągłe, dynamiczne zmiany. Ciekawe, niszowe profesje i zawody, które w chwilę zdobywają popularność. Chcemy pokazać czytelnikom nie tylko warte poznania profesje, ale także niezwykłych ludzi, którzy z pasją opowiadają o swojej pracy. Temu ma służyć cykl wywiadów "Ciekawe zawody".

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (25)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.